2004












































Od Kołobrzegu do Jarosławca
Ubiegłoroczną wędrówkę wybrzeżem ze Świnoujścia zakończyliśmy w Kołobrzegu. W tym roku tutaj ją zaczęliśmy. Rzecz była prosta: po prostu idziemy plażą. Tym razem byliśmy lepiej przygotowani, a przynajmniej tak nam się wydawało. Dołączył do nas nowy "wyznawca" - kuzyn moich przyjaciół, który chciał spróbować swoich sił.


Do Ustronia

Już w pociągu poczuliśmy ten smak - smak przygody, zabawy i wyzwania. Na peronie czekali na nas ubiegłoroczni znajomi z Grzybowa, chcąc nas zatrzymać przynajmniej na jeden dzień u siebie. Ale my mieliśmy plan i musieliśmy wykonać 100 procent normy. Po obejrzeniu raz jeszcze katedry, weszliśmy na latarnię. Nie mogliśmy jej pominąć - szlak latarń morskich pokrywa się przecież ze szlakiem naszej wędrówki. Latarnia kołobrzeska nie należy do wysokich, ale jej przyciężka konstrukcja dominuje nad plażą. Następnym punktem programu były wspaniałe smażone ryby u Rewinskiego, w miejscu, które już przetestowaliśmy. I nie zawiedliśmy się. Zeszliśmy na plażę. Morze było w tym roku zdecydowanie chłodniejsze i trudno było przyzwyczaić stopy do ciągłego kontaktu z lodowatą wodą. Tego dnia nie mieliśmy też odwagi zanurzyć się w Bałtyku. Do Ustronia doszliśmy o całkiem przyzwoitej porze. Gdy stawialiśmy namioty, było jeszcze widno.


Do Chłopów

Na ten dzień zaplanowany był spory odcinek, ale bardzo ciekawy. Po drodze mieliśmy latarnię w Gąskach. Tę smukłą, strzelistą wieżę trudno jest jednak dostrzec pomiędzy drzewami. Ale widoki z jej szczytu są niesamowite, warto więc pokonać 300 schodów, choć może niekoniecznie z lodami w ręku, co czynili niektórzy. Dalej na trasie był Sarbinów, do którego dotarliśmy późnym popołudniem. Atrakcją Sarbinowa jest uroczy kościół z wysoką wieżą zbudowaną na planie ośmiokąta. Wewnątrz znajdują się ciekawe, choć nowe witraże w ostrołukowych oknach. Inną ciekawostką jest w Sarbinowie drewniany dom szachulcowy z dachem krytym trzciną. Odtąd "domki w kratkę" będą nam towarzyszyły do końca wędrówki.
Nie zostaliśmy tu jednak na noc, lecz udaliśmy do Chłopów. Kiedy znaleźliśmy już miejsce spełniające nasze wymagania, długo nie mogliśmy usnąć, gdyż... pokładaliśmy się ze śmiechu. Zabawę wczasowiczom umilał niejaki pan Czapla, śpiewając szlagiery dawnych lat, ale niemiłosiernie fałszując.


Do Łazów

Po zejściu na plażę w Chłopach, prawie zaraz po rytualnym przyczepieniu sandałków do plecaków, musieliśmy je zakładać. Oto po 3 kilometrach objawiło nam się Mielno, jeden z najbardziej "umocnionych" turystycznie ośrodków. Miejscowość ta zachęca do spędzenia tu choćby kilku chwil niezliczoną ilością kawiarenek, smażalń ryb, restauracji i snack barów. My jednak, po wypiciu kawy, ruszyliśmy dalej. Schodząc na plażę, ujrzeliśmy samotnego wędrowca, takiego jak my. Postanowiliśmy po cichu do niego dołączyć - bez informowania go o tym. Ruszyliśmy za nim, niczym za Forestem Gumpem. Świetnie się bawiliśmy, czekając na moment, kiedy ten się zorientuje. Po pewnym czasie nas zauważył. Okazało się, że podobnie jak my, chce przejść całe wybrzeże i podobnie jak my, ma na to tylko tydzień każdego roku. Pożegnaliśmy się, wiedząc, że jeszcze się spotkamy.


Do Dąbek

Ten odcinek nie wyróżniał się niczym specjalnym, może naszym większym lenistwem i dłuższym byczeniem się na plaży niż do tej pory. Po drodze minęliśmy naszego Foresta Gumpa, do którego dołączył jakiś inny włóczykij. Szliśmy teraz wąskim pasem piasku oddzielającego morze od Jeziora Bukowo, na którym lubią sobie śmigać windsurfingowcy. Może dlatego tak trudno znaleźć było tu jakiś przyzwoity kemping. W ośrodku wypoczynkowym Celma nie chciano nas przyjąć, bo...nie wszyscy mieliśmy dowody osobiste, a pan kierownik melduje nawet niemowlaki już od 28 lat. Nasze minorowe nastroje spotęgowała knajpa, w której po prostu nas oszukano. Dostaliśmy ryby dwukrotnie większe niż zamawialiśmy. Oczywiście odpowiednio za nie policzono. Nocleg znaleźliśmy dopiero na kempingu w Bobolinie, którego atrakcją są mniej plaże, a więcej wysadzone schrony.


Do Darłówka

Wędrówka do Darłówka była krótka, jednak w planie było zwiedzanie Darłowa, więc nie leżeliśmy zbyt długo na plaży. Kemping, ładnie położony wśród drzew, trafił się od razu. Ruszyliśmy do miasta. Zamek w Darłowie to jedyny zamek królewski na Pomorzu. Tu urodził się, zmarł i jest pochowany król Eryk I, postać barwna i tajemnicza. W centrum miasta wznosi się kościół mariacki. Jego 60.metrowa wieża góruje nad miastem. Ulica Powstańców warszawskich poprowadzi ku gotyckiej Bramie Kamiennej zwanej "Wysoką", jedynej zachowanej bramie miejskiej. Stąd już tylko krok do kościoła św. Gertrudy. To rzadki przykład gotyckiej architektury cmentarnej, zbudowanej na planie sześcioboku z dwunastobocznym obejściem. Przykryty jest dachem namiotowym z iglicą.
Oczywiście nie mogliśmy pominąć latarni morskiej. Weszliśmy na nią już po zmierzchu. Wcześniej jednak popłynęliśmy statkiem, aby zobaczyć miasteczko w barwach zachodzącego słońca.


Do Jarosławca

To był ostatni i najdłuższy odcinek w tym roku. Ruszyliśmy ostro, chcąc jak najwcześniej dotrzeć do Jarosławca. Przed Wiciami minęliśmy piękny odcinek pustej plaży. Zaskoczyło nas, że nieco dalej ludzie tłoczyli się na kamieniach i żwirze. Cóż, może to lubią...
W Jarosławcu czekała na nas oczywiście kolejna latarnia i... długie poszukiwanie pola namiotowego. Po 2 godzinach oglądania każdego napotkanego kempingu, wróciliśmy na to, które zobaczyliśmy jako pierwsze.








































NASZA TRASA W 2004 ROKU
Wyprawa 2005 »
 
« Powrót na stronę główną
Copyright by Barbara Małyska 2005