![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
Od Świnoujścia do Kołobrzegu
Pomysł wędrówki polskim wybrzeżem był może niezbyt oryginalny, ale też i nie najczęściej spotykany. Przejście plażą od granicy niemieckiej na wyspie Uznam do rosyjskiej na Mierzei Wiślanej było przed nami. Ale żeby tego dokonać, trzeba mieć czas - my jego nie mieliśmy. Zdecydowaliśmy więc, że w tym roku przejdziemy od Świnoujścia do Kołobrzegu - nieco ponad 100 kilometrów. Niewiele, w sam raz na 6 dni.
Do Międzyzdrojów
Ze Świnoujścia wyruszyliśmy późno. Ale też późno dotarliśmy do tego portowego miasta. Chcąc być ortodoksyjni, doszliśmy do granicy. Najpierw - na przejście polsko-niemieckie, potem na plażę, gdzie rozpościerało się ogrodzenie z drutu kolczastego. Przy granicy stali handlarze uliczni sprzedający różne różności, także w walucie naszego zachodniego sąsiada. Po rzeczach rozłożonych wprost na ziemi lub też ukrywanych w krzakach, można było się zorientować, co jest chodliwym towarem. A więc przede wszystkim (co było dla nas niejakim zaskoczeniem) zainteresowaniem Niemców cieszyły się ogromne, 5 litrowe butelki z podejrzanej jakości napojami kolorowymi, które tylko w przybliżeniu odpowiadały smakowi pomarańczowemu czy cytrynowemu. Jak woda szły także zraszacze do trawy w kształcie kiczowatego kwiatka. Wzornictwo wprost z lat 80. Cóż, podobno kicz jest teraz w modzie...Nie tracąc czasu na podziwianie tego kramu, ruszyliśmy. Pierwszym przystankiem była latarnia morska. Było już późno, więc sz
ybko wdrapaliśmy się na górę, aby raz jeszcze rzucić okiem na port, skąd zaczyna się wiele przygód, skąd wyrusza się na podbój świata, skąd i my zaczęliśmy naszą wędrówkę. Zbiegliśmy na dół i zeszliśmy na plażę. Nie wierząc w swoje możliwości, planowaliśmy nocleg gdzieś na plaży, w połowie drogi między Świnoujściem a Międzyzdrojami. Ale szło nam się naprawdę dobrze, plecaki specjalnie nie ciążyły, było już chłodno, nie byliśmy też zmęczeni. Doszliśmy więc do Międzyzdrojów. Znaleźliśmy kemping i wpadliśmy w objęcia Morfeusza.
Do Międzywodzia
Rano spakowaliśmy się i poszliśmy na molo. Dookoła kicz, plastik, papier. Wejście na molo także się wpisywało w ten banał. Ale zdecydowaliśmy się na przyjęcie tej konwencji. Z wysokości molo spojrzeliśmy na plażę: człowiek przy człowieku, tłok na plaży, tłumy w wodzie. Chyba wszyscy Polacy przybyli tutaj, aby zobaczyć aktorów kina i telewizji, których i tak nie można by było odnaleźć w tym ścisku. Jedynie ich gwiazdy, wzorem Hollywood, odciśnięte na międzyzdrojskim deptaku. Dużo ciekawiej było w rezerwacie pokazowym żubrów. Podziwialiśmy te potężne zwierzaki, powolne, ociężałe, leżące niemal bez ruchu w skwierczącym słońcu. Także orła bielika, który był już ślepy i nie bardzo mógł latać.
Na Górze Kawczej, wznoszącej się na wysokości całych 57 metrów nad Międzyzdrojami, spotkaliśmy grupkę palącą trawkę. Chwilę potem mogli zobaczyć nas, jak objuczeni niczym wielbłądy biegniemy w dół na złamanie karku. Jeśli to widzieli, pewnie uznali nas za jeden ze swoich zwidów.
Zdjęliśmy sandałki i przebijając się przez tłum ruszyliśmy do Międzywodzia. Spotykaliśmy się z różnymi reakcjami: zaskoczeniem, politowaniem, totalnym zdziwieniem, czasem uśmiechem i sympatią. Plaża za Międzyzdrojami była już inna: pusta, wyciszona. Ale też i mniej przyjemna w dotyku: coraz więcej żwiru, kamieni. Z trudem lawirowaliśmy między coraz większymi głazami. Ale udało nam się przebrnąć ten najgorszy odcinek. Gdy doszliśmy do Międzywodzia, byliśmy całkowicie wyczerpani. Znaleźliśmy smażalnię ryb i po prostu padliśmy. Kiedy wstawałam od stołu, poruszałam się niczym cyborg.
Do Rewala
Rano mieliśmy zakwasy, mimo to do Dziwnowa doszliśmy szybko. Nad brzegiem Jeziora Martwego staliśmy jak urzeczeni i wpatrywaliśmy się w bańki mydlane, które wypuszczała na wodę mała dziewczynka. Bańki były ogromne, fascynujące. Niektóre odbijały się od wody i lekko się jeszcze unosiły, inne w zetknięciu z taflą jeziora od razu pękały. Poszliśmy dalej przez Dziwnów, który był chyba najsympatyczniejszą miejscowością z dotychczas przez nas mijanych. Uporządkowany, czysty, zielony, spokojny.
Schodząc na plażę, czułam, że dostaję powoli poparzenia słonecznego. Wspaniały krem, blocker słoneczny z filtrem numer 30 nie zadziałał. Ale na razie jeszcze szłam w spódniczce i w bluzce z krótkimi rękawami. Jednak na wysokości mniej więcej Łukęcina, kiedy zrobiliśmy sobie popas, połączony z kąpielami morskimi, nie wytrzymałam. Założyłam długie, płócienne spodnie. W Pobierowie pierwszą moją myślą było dopadnięcie apteki, aby dostać Panthenol na poparzenia.
Atrakcją na trasie naszej wędrówki był Trzęsacz. Doszliśmy do ruin kościoła koło godziny 19. Ludzi wciąż było sporo, ale nie tłoczyliśmy się. Można było usiąść na plaży, wypić piwo (nasz napój na śniadanie, obiad i kolację) i we względnym spokoju spojrzeć na dzieło zniszczenia, jakie dokonywało się przez setki lat. Wyjątkowo nie za sprawą człowieka, ale przyrody.
W Rewalu znalezienie kempingu nie przysporzyło nam większych kłopotów, gorzej było z jego gospodarzami. Kiedy się pojawiliśmy, nie było ich. Rozbiliśmy więc namiot, wzięliśmy prysznic i poszliśmy spać. W środku nocy obudziły nas krzyki, ryk samochodu i muzyka: w taki oto sposób objawili się właściciele pola namiotowego.
Do Mrzeżyna
Rano postanowiliśmy, że najbliższą noc spędzimy na wydmach. Nie chcieliśmy szukać pola namiotowego, aby przy dźwiękach głośnej muzyki, wrzasków i awantur próbować usnąć. Wyszliśmy z Rewala i plażą, przebiwszy się przez "umocnienia turystyczne", czyli parawany, leżaki, koce, ręczniki itp. doszliśmy do Niechorza. Nie mogąc już w żaden inny sposób uchronić się przed piekącym słońcem, zaczęłam szukać koszuli z długimi rękawami. Wbrew przypuszczeniom, nie było to takie proste. Ale ostatecznie udało się. W Pogorzelicy zaopatrzyliśmy się w produkty na kolację i ruszyliśmy na plażę. Na tym odcinku była naprawdę piękna: szeroka, piaszczysta, bez tłumu plażowiczów. To chyba tutaj spotkaliśmy chłopca, który z wykrywaczem metali chodził po piasku w poszukiwaniu skarbów. Nie mogliśmy się opanować i sprawdziliśmy jego urządzenie. Rzuciliśmy w piasek 2 złote. I rzeczywiście to zadziałało! Zapiszczało, zaświeciło i pokazało, że tutaj coś jest.
Na nocleg wybraliśmy plażę jakieś 3 kilometry przed Mrzeżynem. Tego wieczora po raz pierwszy w całej naszej wędrówce, mogliśmy podziwiać zachód słońca. Potem rozłożyliśmy nasze karimaty, wyciągnęliśmy śpiwory i poszliśmy spać. Gdzieś około północy zostałam obudzona, aby przejąć wartę. Oczywiście, powiedziałam, że tak, że czuwam, że nie ma sprawy i...usnęłam.
Do Dźwirzyna
Obudziliśmy się o świcie. Słońce właśnie wstawało, a nam było strasznie zimno. Wygrzebaliśmy się ze śpiworów i ruszyliśmy w poszukiwaniu śniadania do Mrzeżyna. Mieliśmy ochotę na jajecznicę, ciepłą herbatę i to dostaliśmy. Mimo, że była 7 rano i przygotowania w ośrodkach wczasowych do pierwszego posiłku dnia dopiero się zaczynały, to jednak udało nam się wyprosić jajecznicę zamiast zupy mlecznej.
Ten odcinek był niezwykle krótki. Właściwie to co chwila się zatrzymywaliśmy, kąpaliśmy i odsypialiśmy tak naprawdę nieprzespaną noc. W Dźwirzynie jadłam najlepszego łososia na polskim wybrzeżu. Delikatny, wyśmienity, cudownie rozpływał się w ustach. W Dźwirzynie też spotkaliśmy się z największymi "umocnieniami turystycznymi": nie na plaży, ale w mieście. Różnego rodzaju karuzele, baseny z piłeczkami, mini bungee, kramy ze słodkościami, koszulkami, pamiątkami znad morza, typu: muszelki, kamyki, ciupagi czy górskie kierpce. Było tego całe zatrzęsienie. To, co nadaje klimat nadmorskim miejscowościom, potrafi być jednak bardzo męczące dla zwykłego turysty, który po całodziennej włóczędze marzy o spokojnym śnie w swoim namiocie. Tego nie było nam zaznać: obok rozlokowało się towarzystwo ABS, czyli Absolutnego Braku Szyi - panowie w dresach i plastikowe panie, które najwidoczniej lubią być brutalne traktowane przez swoje sympatie.
Do Grzybowa
Ostatni odcinek - do Kołobrzegu był chyba jeszcze krótszy niż ten do Dźwirzyna. Znowu nic innego nie robiliśmy tylko taplaliśmy się w wodzie, wylegiwaliśmy w słońcu, no i trochę chodziliśmy. Po raz pierwszy w całej naszej wędrówce na horyzoncie majaczyło nam się miasto: z dala widać było latarnię morską i katedrę w Kołobrzegu. Po drodze przechodziliśmy też przez Grzybowo i jego plażę dla naturystów. Oprócz miłośników opalania bez ubrań, można było spotkać na niej zwolenników toplessów i tekstylnych. Może dzięki temu nie wyglądałam zbyt szokująco, ubrana (w celu ochrony przed słońcem) w długie spodnie, koszulę, kapelusz i okulary.
W Kołobrzegu nie udało nam się znaleźć żadnego noclegu. Na kempingu znajdującym się przy torach kolejowych, wielkim i hałaśliwym, nie zdecydowaliśmy się zanocować. Wolnych miejsc w ośrodkach wczasowych i na kwaterach nie było. Na szczęście udało nam się skontaktować z kuzynem, który przebywał u kolegi w Grzybowie i zaoferował nam tam nocleg.
Wybraliśmy się raz jeszcze zobaczyć zachód słońca. Ale gdy dotarliśmy na plażę, była już noc. Zaskoczyła nas scena niczym z amerykańskiego filmu: oto plażą pomykał jeep jakiegoś "młodego wilka". Niestety, biedaczyna zakopał się w piachu i miał trudności z wyjechaniem. Zaraz jednak znaleźli się chłopcy, chętnie pomagający takim typkom. Po chwili już biegli, aby usłużnie wypchnąć ten piękny samochód na twardy grunt. Zniesmaczeni, wróciliśmy do namiotu. Rankiem pojechaliśmy do Kołobrzegu.
Tutaj zakończyła się nasza tegoroczna wędrówka. Tutaj mamy zamiar zacząć kolejny etap w przyszłym roku. Moc wrażeń, moc przeżyć, choć tylko 6 dni. Totalne wyluzowanie, odprężenie, spokój. Morze potrafi ukoić, potrafi dać zapomnienie. Od codziennych kłopotów i od zwykłej bieganiny.
|
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
|
NASZA TRASA W 2003 ROKU
|
||
|
Wyprawa 2004 »
|
« Powrót na stronę główną
|
|
|
Copyright by Barbara Małyska 2005
|
||