Zasady projektowania

Marcin Orliński

Bookmark and Share

("Arterie" nr 2/2009)

Robert Król, Pamięć podręczna, Korporacja Ha!art, Kraków 2009)

„Poukładałem sobie życie / w papierach. Dziwnie smakuje”, pisze Robert Król w swoim najnowszym tomie wierszy Pamięć podręczna. I kto wie, czy zacytowana fraza nie stanowi najtrafniejszej charakterystyki całej jego poezji. W przypadku twórczości Króla trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że związek między literaturą i życiem jest dogłębny, nieredukowalny, istotowy. Literatura wprowadza do życia ład, nadaje mu strukturę i pozwala je lepiej zrozumieć. Natomiast życie wprowadza do literatury nieporządek, demontuje zastane formy wyrazu i stawia pod znakiem zapytania tradycyjne wzorce liryczne. Oczywiście z powodzeniem można by również bronić tezy przeciwnej, że to literatura nosi na sobie znamię nieokreśloności, a odpowiednim dla niej probierzem jest życie, jednak u Roberta Króla owa podstawowa relacja od początku do końca pozostaje asymetryczna.

Wiersze autora Pamięci podręcznej wydają się zbyt chaotyczne, jak na literaturę, i zbyt uporządkowane, jak na życie. Porządek jest tu zaprowadzany sztucznie, za pomocą równo skrojonych strof, które przypominają blaszane pudełka na taśmie fabrycznej. Żadnej chropowatości na ułożonych równiutko tetrastychach, mimo że autor nie stosuje stałego metrum. Kolejne książki Roberta Króla wyglądają więc tak, jakby autor obserwował życie z okna pędzącego pociągu i dokładnie co pięć minut wykonywał barwną fotografię. Poeta zdaje się kolekcjonować przypadkowe obrazy, które wprawdzie dają się powiązać (ot, choćby na zasadzie następstwa czasowego lub ciągłości gramatycznej), ale ostatecznie nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego. Jakby nie było istotne, czy błona utrwali rzecz ważną czy też nic nie znaczący szczegół. I jeżeli Bogusław Kierc nazwał kiedyś ten sposób poetyzowania „orgią mówienia”, to być może miał na myśli właśnie ów natłok słów i obrazów, ten rzucający się w oczy nadmiar rzeczywistości.

Możliwe zatem, że graficzna harmonia to już nie tylko znak firmowy Roberta Króla, ale także istotne narzędzie do produkcji sensu. Te strofy są jak klocki domina, które można dowolnie przestawiać. Trudno tu o grę w dosłownym sensie, ponieważ części wiersza nie stanowią odrębnych, zamkniętych całości. Najczęściej łączy je przerzutnia, czasami pokrewieństwo znaczeniowe. A jednak perspektywa przesunięcia wydaje się bardzo kusząca. Być może chodzi właśnie o język poety, język aż do bólu miarowy, po brzegi wypełniony tysiącami mieniących się obrazów. Te obrazy naświetlają się wzajemnie, a jednocześnie wydają się całkowicie zastępowalne i niezdeterminowane.

Odnoszę wrażenie, że w tym gęstym lesie najbardziej interesujące może się więc okazać wydeptywanie własnych, niezależnych ścieżek czytelniczych. Nie próbujmy ogarnąć niezrozumiałej całości. Nie twórzmy globalnych map ani nie badajmy ukształtowania terenu. Na nic się zda wyczekiwanie z nosem przy szybie pędzącego pociągu – punkt kulminacyjny nie nastąpi, nie pojawi się puenta. Trzeba więc zaufać tropowi. Jakiemu? Dowolnemu. Należy przedrzeć się przez tekst i odnaleźć ledwie widoczne oznaczenia szlaku: współobecność mowy potocznej i języka literackiego, dowcip serwowany za pomocą przerzutni, oryginalne metody trawestacji czy niesystematyczne projekcje czasu.

Kto się wczyta w wiersze Roberta Króla, ten zauważy z jaką wprawnością posługuje się poeta zarówno współczesnym językiem potocznym, jak i polszczyzną wysoką. W Pamięci podręcznej można znaleźć sporo rzadko używanych form, niepopularne związki frazeologiczne czy jakże piękny, a zapoznany przecież, czas zaprzeszły. Współobecność różnych języków powinna zwrócić uwagę zwłaszcza tych czytelników, którzy zbyt szybko dokonują literackich klasyfikacji – u Króla awangarda zlewa się z klasycyzmem, a nad luźną i potoczną frazą czuwa dyscyplina poetyk tradycyjnych. Robert Król, podobnie zresztą jak w poprzednich tomach wierszy, bez wytchnienia cytuje, naśladuje i przetwarza, dzięki czemu jego prywatna podróż przez meandry codzienności staje się barwna, wieloznaczna i nieoczywista. Inwencji twórczej towarzyszy zresztą spore poczucie humoru. Obok zapożyczeń z wierszy Mickiewicza, Przerwy-Tetmajera czy Tkaczyszyna-Dyckiego, czytelnik odnajdzie tu wiele zabawnych przerzutni, np. „A człowiek by się napił / herbaty” (Ćma wiedeńska) czy „Bo nie staje mi / się nic na Twój widok (Szumy).

Pozostaje jeszcze kwestia tytułu. Nowy tom wierszy Roberta Króla to przede wszystkim niezwykła opowieść o czasie. Jeżeli perspektywę powtórzenia przemnożymy przez kategorię pamięci, wówczas pomiędzy wersami ujrzymy zapis myśli, która tropi własny ślad. „Gubię przez tę pamięć wszystko, / co zapiszę”, wyznaje podmiot liryczny w wierszu Ziółko. I dodaje w innym miejscu: „Zostaje tylko pamięć, że miało się coś zapisać” (Fragment Agnieszki). Tezy o pamięci, które w kilku utworach zostają wyłożone wprost, gdzie indziej obrastają pnączem lirycznym: „echo, które się ciągnie na gapę” (Ćma wiedeńska) czy „dane jest klepsydrze uchodzić bez piasku” (Weimar). Pisanie oznacza wydobywanie z pamięci. A pamięć wciąż poetę zawodzi i zwodzi. I zamiast uobecniać minione zdarzenia – zasłania je, zastępuje nic nie znaczącym skrótem lub przypisem.

Projekt, który proponuje nam Robert Król, nie mieści się w dotychczasowych schematach i szablonach lirycznych, a kolejni recenzenci zastanawiają się, jak nazwać tego rodzaju literaturę. Być może problem polega na tym, że w ostatnich latach nie pojawił się w obiegu żaden nowy słownik, który pozwoliłby opisać różnorodność polskiej poezji ponowoczesnej. Skoro dawno już zgodziliśmy się na obecność języków społeczno-środowiskowych w poezji, skoro przyjęliśmy do wiadomości bankructwo instytucji narracji, skoro naocznie przekonaliśmy się o braku semantycznych hierarchii, po cóż mnożyć kolejne bajki o hipertekście, niezrozumiałości i śmierci? Trzeba dokonać nowych rozpoznań w obrębie ponowoczesnego wiersza. Być może dzięki temu nie tylko uda się docenić wagę niewidocznych jeszcze różnic, ale także stworzyć rzetelną mapę polskiego palimpsestu lirycznego. Być może pękną wtedy takie sztywne pojęcia, jak futuryzm, dadaizm, modernizm, lingwizm, o’haryzm, klasycyzm czy barbaryzm, a nowy przekrój zdradzi zupełnie inne wektory oddziaływań niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Właśnie tego przy okazji lektury wierszy Roberta Króla życzę krytyce literackiej w drugiej dekadzie XXI wieku.