malarze

Piotr Potworowski 1898-1962

[Rozmiar: 9328 bajtów] Był uparty i wytrwały. Koledzy mówili o nim: „zadzierżysty ułan" — przyszedł do sztalug prosto z wojny bolszewickiej. Jeszcze kilka razy nałoży mundur: w kampanii wrześniowej, na emigracji — jednak szybko zrozumie, że jego bronią może być malarstwo. Wojenna tułaczka wiedzie go do Anglii, gdzie znajdzie artystyczna samodzielność. Najpiękniejsze obrazy maluje pod koniec życia, w Polsce.
Tadeusz Piotr Potworowski przychodzi na świat 14 czerwca 1898 roku w Warszawie, jako pierworodny syn Jadwigi i Gustawa. Ojciec jest dyrektorem fabryki motorów Diesla. To zamożna rodzina: oprócz dużego domu przy ul. Hortensja posiadają jeszcze willę w Kazimierzu, gdzie spędzają wakacje. Brat matki, malarz amator, zachęca dzieci do malowania; innych przedmiotów uczą domowi nauczyciele. W 1913 roku Jadwiga Potworowska ginie tragicznie w Zakopanem, rok później ojciec wysyła trzech synów do rodziny na Kresy. Prosto z gimnazjum Piotr wstępuje do Pułku Ułanów i bierze udział w bitwie pod Krechowcami. W walkach z Ukraińcami ginie jego brat. Po zakończeniu wojny Piotr próbuje studiować architekturę, ale wkrótce ponownie zmobilizowany bierze udział w kampanii bolszewickiej i zostaje ranny pod Zamościem. Wojna przyspiesza jego decyzję zostania malarzem, zapisuje się do szkoły Konrada Krzyżanowskiego, jednak po roku przenosi się do Krakowa, gdzie podobno jest ciekawiej i więcej się dzieje.
NAD SEKWANĄ
„Chodziłem jeszcze w mundurze — wspomina swój przyjazd do Krakowa — Przypasałem wtedy wielki Mauzer, kupiłem sztalugi, poszedłem do akademii do pracowni Pankiewicza i powiedziałem, ze tu będę malował. Byłem zupełnie zdecydowany strzelać, gdyby mnie chciano usunąć." W pracowni Pankiewicza Potworowski dołącza do „Komitetu Paryskiego" — grupy studentów zbierających środki na wyjazd do Paryża. Odpowiada mu ich zapał i przebojowość, pozwala się nawet wybrać skarbnikiem. Jego ręką zostaje tez spisany statut „Komitetu", choć od początku wiadomo, ze więzi łączące grupę zapaleńców będą nieformalne, oparte na przyjaźni. W Paryżu początkowo wszyscy trzymają się razem, choć rychło daje o sobie znać różnica temperamentów i gustów. A piotr Potworowski nie chce do końca zaakceptować doktryny kolorystycznej, poza rym po prostu nie lubi Pankiewicza. Wynajmuje osobną pracownię na Montparnasse, zapisuje się do pracowni Fernanda Legera (1881-1955), nawiązuje też bliski kontakt z Tadeuszem Makowskim (1882-1932) i Tytusem Czyżewskim (1880-1945). Wybór tych nazwisk pokazuje kierunek poszukiwań — wyraźnie kusi go kubizm, większa dyscyplina formy i rytmiczna konstrukcja obrazu. Nie zrywa przyjaznych stosunków' z kapisrami, na słynny „Super Jazz Bal du Montparnasse" przygotowuje piękną dekorację odtwarzającą dno morza, która zyska uznanie w oczach samego Bonnarda (1867-1947). By móc spokojnie malować kapiści podejmują się różnych prac: malują kopie, parawany, nawet napisy do filmów. Potworowski jest bibliotekarzem, malarzem pokojowym, w końcu zaczyna robić drewniane modele statków, których budowę studiuje w Musee de la Marine. W tym czasie zaciąga się także — jako zwykły marynarz — na mały statek handlowy, pływający po Morzu Śródziemnym. Razem z załogą żaglowca „Aimee-Marie" zwicdzi afrykańskie porty: Tunis, Maroko, Algier, Kartaginę. Do końca życia morze pozostanie jego wielką fascynacją.
POLSKI BARBIZON
W 1928 roku Potworowski poznaje w Paryżu Magdalenę Mańkowską, studentkę antropologu. Wkrótce pobierają się i w 1930 roku wracają do Polski, gdzie rodzi się ich syn Jan. Zamieszkują w rodzinnym majątku żony: pałacu w Rudkach pod Szamotułami. Gościnny dom Mańkowskich staje się prawdziwym „gniazdem sztuki", rodzajem kolonii malarskiej. Miesiącami goszczą tam przyjaciele: Janusz Strzałecki, Cybisowie; Tytus Czyżewski ma swoją własną pracownie, często przyjeżdża Wacław Taranczewski (1903-1987), który tak wspomina: „Obszerny pałac, piękny park dawały możność swobodnej pracy kilku artystom, którzy tam przebywali. Malowaliśmy z zapałem i martwą naturę, i pejzaż, i portret. Rudki stały się dla nas czymś w rodzaju Barbizonu. Zjeżdżało się tam na zaproszenie i nieproszonym. Trwało to kilka lat, co roku przyjeżdżali inni malarze." Gdy po podziale majątku rodziny Potworowscy przenoszą się do Grębanina, także i tam odnajdują ich zaprzyjaźnieni artyści. Jedyną indywidualną wystawę przed wojną Potworowski ma w 1938 roku, w warszawskim Instytucie Propagandy Sztuki. Ekspozycja odwiedza Lwów i Kraków, niestety wszystkie obrazy giną w transporcie podczas kampanii wrześniowej. Dzieła wypożyczone na wielką wystawę malarstwa polskiego w Stanach Zjednoczonych też znikną bez śladu. Z całego przedwojennego dorobku malarza ocaleje zaledwie kilka płócien... Po udziale w kampanii wrześniowej artysta — uprzedzony o zasadzce gestapo — ukrywa się w wiosce nad Bugiem. Postanawia przedostać się na Zachód i po wielu przygodach — fałszywe dokumenty, katastrofa samolotu, ucieczka z aresztu — dostaje się przez Kowno do Szwecji. Osiada w Taxinge Nasby pod Sztokholmem, pracuje fizycznie wciąż nie przestając malować, a nawet rzeźbić. Właśnie wtedy decyduje się w pełni poświęcić sztuce — wbrew wszelkim trudnościom i zawirowaniom historii. Odtąd cala jego droga będzie naznaczona niezwykłą pracowitością i determinacją. Jeszcze w Szwecji przygotowuje wystawę indywidualną. W sierpniu 1941 udaje mu się sprowadzić do siebie żonę z dwójką dzieci. Po dwóch latach wspólnie docierają na wyspy brytyjskie.
BITWA O ANGLIĘ
W Londynie Potworowski początkowo trzyma się z Polakami. Przez pewien czas jest prezesem Stowarzyszenia Polskich Artystów, publikuje recenzje i opowiadania w londyńskim miesięczniku „Nowa Polska" i krajowym „Przeglądzie Artystycznym", wydaje nawet zbiorek surrealizujących miniatur „5 Letters". Jego talent literacki — przy rozbrajającej, nieortodoksyjnej ortografii — ujawni się w pełni w słynnych „Szkicownikach". Kilkanaście tomów pełnych notatek, akwareli, szkiców, wierszy, obejmuje cały powojenny okres życia artysty. Nie przeznaczone do publikacji, uderzają szczerością emocji i głębią uwag dotyczących malarstwa. „Pytano mnie, czym jest sztuka? Reakcją na rozpacz, powiedziałem..." Od 1946 roku Potworowski skupia się na własnej twórczości, za namową Jankiela Adlera (1895-1949) przygotowuje pierwszą wystawę w Redfern Gallery, później regularnie współpracuje z galerią Gimpel Fils. Jego malarstwo podoba się kolekcjonerom, jedną z wystaw oglądają państwo Barker-Mill, którzy zapraszają malarza do posiadłości Wookey-Hole w hrabstwie Somerset. W tym domu Potworowski spędzi dwa lata, ma optymalne warunki do pracy. Pobyt na wsi, poznanie angielskiego krajobrazu i możliwość skupienia — z dala od gwarnego Londynu - okazują się bardzo owocne dla jego malarstwa, które zostaje docenione przez Anglików. W 1949 roku dostaje propozycję profesury w nastawionej nowocześnie Bath Academy of Art w Corsham, z którą zwiąże się niemal na 10 lat. Niebawem zostaje tez członkiem postępowej London Group i prestiżowej Royal West of England Academy. W Corsham Potworowski znajduje prężne, otwarte środowisko: zapalonych studentów i ambitnych kolegów, którym imponuje jego dorobek i niespotykana, kolorystyczna wrażliwość. Uczą tu czołowi artyści angielscy, m.in. Wiliam Scott (ur. 1913), Adrian Heath, Bryan Wynter (1918-1975), Peter Lanyon (1918-1964) czy rzeźbiarze Kenneth Armitage i Lynn Chadwick. Anglia w tym czasie nie jest może centrum sztuki współczesnej, ale Bath Academy pozostaje jednym z najbardziej postępowych środowisk artystycznych. Jednak dla rozwoju sztuki Potworowskiego decydujące znaczenie ma możliwość podróżowania, którą zapewnia Akademia. W latach 50. malarz zjeździ cala Europę: Hiszpanię, Włochy, Francję. Podróżując odwiedza galerie i muzea, ale ważniejszy jest dla niego kontakt z pejzażem i naturą. Odtąd jego malarstwo staje się prawdziwym „dziennikiem podróży ", odtwarzaniem — z pamięci, ze szkicownika — przeżytych klimatów i krajobrazów. Mimo wielu sukcesów i finansowej stabilizacji Potworowski nie czule się w Anglii lak u siebie. Wie, ze zawsze będzie tu traktowany jak obcy przybysz. Jest ceniony, lecz nigdy nie zapraszany do udziału w wystawach angielskiej sztuki. Równocześnie dochodzą go wieści o korzystnych zmianach w Polsce. Zaprzyjaźniony z nim ambasador Edmund Milnikiel gorąco namawia do odwiedzenia kraju i prezentacji twórczości rodakom. Propozycja wielkiej wystawy w Warszawie wydaje się Potworowskiemu pewną szansą. Czuje potrzebę podsumowania, konfrontacji własnej drogi ze sztuką kolegów.
TRZECIE NARODZINY
Po 18 latach nieobecności, w 1958 roku Potworowski przyjeżdża do Polski, wraz z nową towarzyszką życia Doreen Heathon, byłą studentką Bath Academy. Ekspozycja w „Zachęcie" nie dochodzi do skutku, z powodu strajku angielskich dokerów, którzy przetrzymują cenny ładunek. Polska „premiera" Potworowskiego ma miejsce w poznańskim Muzeum Narodowym — przyjazna opieka i mecenat dyrektora Zdzisława Kępińskiego będzie towarzyszyć malarzowi do końca życia. Wystawa staje się prawdziwym objawieniem i zaskoczeniem; w Polsce pamiętano przedwojenne, „kapistowskie" płótna Potworowskiego. Po Poznaniu obrazy ogląda Kraków, Sopot, Warszawa, Wrocław i Szczecin — prawdziwy objazd tryumfalny. Sypią się propozycje, malarz postanawia przedłużyć pobyt w kraju, będzie prowadzić pracownię malarstwa w poznańskiej i gdańskiej PWSSR „Drogi Cliffordzie — pisze do rektora Bath Academy of Art. — W ciągu tych kilku miesięcy doznałem tyle miłości i admiracji od ludzi ze względu na moje skromne malarstwo, że zdecydowałem pozostać tu i wykorzystać te niezwykle sprzyjające warunki do dalszej twórczej pracy, w której będę mógł przemienić w kształt malarski dramatyczną siłę tego kraju." Rok 1958 okazuje się dla Potworowskiego przełomowy. „Najważniejsze dla mnie to stworzenie okresu polskiego w moim malarstwie — pisze w liście — Jest to możliwe tylko we własnym wnętrzu i w spokoju." Ostatnie cztery lata życia to okres gorączkowej pracy, ogromnego „rozmalowania" i wciąż intensywnego rozwoju. Malarz spisuje notatki biograficzne, które skleja w długi zwój. Jak w zatrzymanych kadrach himu wspomina etapy swojego życia: .Wszystkie te kraje miałem w sobie tak szalenie mocno, jak tylko dziecko może mieć swoje pierwsze wrażenia... Wszystko, co wtedy przeżyłem, weszło we mnie bardzo głęboko za pomocą malarstwa i patrzenia takiego, jakie się ma, gdy zaczyna żyć. Wcale nie tęsknię za tym, tak samo jak za tym, co widzę w odległych szparach mojego polskiego dzieciństwa; tylko szalenie się cieszę, ze się dwa razy urodziłem i mam w sobie taką masę cudownych kawałków świata. Teraz spróbuję urodzić się trzeci raz, może mi się uda". Tymczasem dostaje w Sopocie mieszkanie z dużą pracownią i wraz z Doreen Heaton osiada nad morzem. Mimo serdecznej opieki przyjaciół, zwłaszcza Zdzisława Kępińskiego, me wszystko układa się pomyślnie. Entuzjastyczny odbiór malarstwa Potworowskiego w Polsce, świetne recenzje, budzą cichą zazdrość niektórych kolegów. Oliwy do ognia dodaje krytyczny stosunek malarza do sztuki dawnych przyjaciół, jego zdumienie, iż mimo tragedii wojny, upływu lat, dalej malują tak samo: „U nich nawet drzewo me drgnęło nad wodą — dziwi się — malują ten sam staw, te same daszki czerwone pomiędzy drzewami. Nawet dachówka nie spadła." Mimo wcześniejszych obietnic nie udaje się Potworowskiemu objąć katedry malarstwa w warszawskiej ASP; propozycje z Krakowa też okazują się nieaktualne. Malarz boleśnie odbiera tradycyjne zarzuty wobec emigrantów, notując z goryczą: „Rodacy ciągle opowiadają o swoich cierpieniach biernych, wojennych z pewną wyższością w stosunku do mnie. Merde, mam na moim rachunku paru zastrzelonych Niemców i Ukraińców, i mam moją akcję — wbrew woli. — Wojny, moje zwycięstwo malarskie. Jeżeli im mówię o tym, nie rozumieją, są zapatrzeni w swoje cierpienie pasywne. Moja akcja przejścia granic, akcja pracy konstruktywnej najbardziej intensywnej, wyrosłej przeciw sile niszczącej jest poza ich zasięgiem. Rozpatrują swoje pasywne bohaterstwo z kieliszkiem wódki w ręku." Dużo pracuje, ma świetny kontakt z młodzieżą, którą inspiruje do odwagi i artystycznych eksperymentów. Bierze udział w wystawach polskiej sztuki za granicą — na XXX Biennale w Wenecji dostaje nagrodę, przygotowuje indywidualną wystawę do Francji, Anglii i Stanów Zjednoczonych. Wciąż — mimo pierwszych objawów ciężkiej choroby płuc — dużo jeździ po Polsce, chcąc uchwycić klimat polskiego pejzażu. Łagów, Kazimierz nad Wisłą, Niedzica — wszystkie te miejsca znajdą w sztuce Potworowskiego niezwykłą, jedyną interpretację. Artystę pociąga zresztą nie tylko natura, ale i scena. Regularnie współpracuje z teatrem, a jego scenografie są niezwykle cenione za malarski charakter i nowatorską organizację przestrzeni. Wkrótce musi porzucić pracę pedagoga; kolejne zabiegi, pobyt w szpitalu, nie osłabiają jednak jego malarskich planów: „na pewno namaluję nowe panneaux do Goluchowa za pomoce oświetlenia wewnętrznego płuc — jest to pewien fioletowy odblask, który zauważyłem w sali operacyjnej — pisze do Kępińskiego. W styczniu zostaje otwarta imponująca wystawa w Poznaniu prezentująca „polski etap" twórczości Potworowskiego. Znad Sekwany dochodzą echa sukcesu paryskiej ekspozycji w Galerie Lacloche... Malarz walczy ze śmiertelną chorobą. „Myślę, ze udało mi się przez ostatnie parę miesięcy doprowadzić malarstwo do prawie matematycznej precyzji, a jednocześnie zachować zupełną niewinność uczuć — pisze ze szpitala. — Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, a to chyba jest najlepszym objawem poprawy." Umiera 24 kwietnia 1962 roku. „Jest w jego obrazach realność wyższego rzędu — napisze Marek Żuławski — którą znajdują tylko mistycy albo wielcy artyści, choć nie zawsze umieją się z nami podzielić rewelacją swego poznania. Potworowski umiał nadać widzialny kształt tej realności."