malarze
Andrzej Wróblewski 1927-1957
Żył tylko 29 lat. Tragicznie uwikłany w problemy epoki — wierzył w skuteczność sztuki. Jej celem nie miało być piękno, lecz prawda. Dążył do niej samotnie i wbrew wszystkim. Została po nim dobra i zła sława, oraz malarstwo, które przeszło zwycięsko próbę czasu. Jego gorzkiej wizji zawdzięczamy najcenniejsze malarskie świadectwo tamtych lat.
Rodzina, w której Andrzej Wróblewski przychodzi na świat 15 czerwca 1927 roku, należy do intelektualnej elity przedwojennego Wilna. Ojciec Bronisław jest profesorem prawa na Uniwersytecie im. Stefana Batorego, gdzie czterokrotnie piastował funkcję rektora. Matka Krystyna jest zdolną graficzką; już po urodzeniu synów: Andrzeja i Jerzego, ukończy studia plastyczne w Wilnie i Paryżu. Dom Wróblewskich staje się miejscem spotkań artystów wileńskich. Andrzej, wychowywany w atmosferze szacunku dla książek i sztuki, jest świadkiem wielu dyskusji. Sam także, pod okiem matki, podejmuje pierwsze rysunkowe próby. W ilustracjach do historycznych powieści Gąsiorowskiego i do „Ogniem i mieczem" są konie, ułani, kozacy; cały romantyczno-patriotyczny repertuar. W dowód uznania, przyjaciel domu Wojciech Kossak (1856-1942) obdarowuje małego artystę własnym rysunkiem głowy konia.
CZASY POGARDY
Kiedy wybucha II wojna światowa — Wilno znajduje się w szczególnie trudnej sytuacji. Miasto przechodzi z rąk do rąk, zmieniają się okupanci: Rosjanie, Litwini, Niemcy. Gdy w sierpniu 1941 roku hitlerowcy przeprowadzają w domu Wróblewskich brutalną rewizję, na oczach czternastoletniego Andrzeja umiera na zawał serca ojciec. To tragiczne przeżycie naznaczy go na całe życie i zaważy na późniejszej twórczości. Życie w okupowanym Wilnie to dla chłopca także okres nauki na tajnych kompletach i pierwsze próby drzeworytnicze pod kierunkiem matki. Wojna zbliża się do końca, co jednak dla wielu polskich wilnian oznacza pożegnanie z miastem i wielką niewiadomą. Wczesną wiosną 1945 roku, w pociągu repatrian-tów, Krystyna Wróblewska wraz z synami przyjeżdża do Krakowa. Już w lipcu 1945 roku, po uzupełnieniu zaległości, Andrzej zdaje maturę, a na jesieni zapisuje się równocześnie do dwóch uczelni: na Wydział Malarski ASP i na historię sztuki w Uniwersytecie Jagiellońskim. Od samego początku dzieli swoje zainteresowania między teorię i praktykę. Bardzo wcześnie — według profesorów malarzy za wcześnie — zaczyna publikować w prasie krytyczne recenzje i polemiczne artykuły. Także na uniwersytecie jest jednym z wybitniejszych studentów. W 1947 roku wyjeżdża z grupą młodzieży na kilka miesięcy do Holandii. Ogląda muzea, jest pod wrażeniem holenderskiej abstrakcji, udaje mu się także zobaczyć w Amsterdamie wielką wystawę Chagalla (1887-1985), któremu już po powrocie poświęci entuzjastyczny artykuł w „Głosie Plastyków". Jego praca magisterska z historii sztuki (Początki krajobrazu w sztuce niderlandzkiej XV-XVII wieku) jest oceniona bardzo wysoko — jednak Wróblewski nie decyduje się na karierę naukową. Temperament pcha go w kierunku twórczości, bezpośrednich działań artystycznych. W polemicznych, coraz bardziej drapieżnych artykułach pisze: dzisiaj artysta ma „wychowywać sztuką społeczeństwo (...) jego odpowiedzialność jest nie mniejsza niż odpowiedzialność polityka".
"SZTUKA NOWORODKÓW"
Dotarcie do nowego, masowego odbiorcy staje się powszechnym postulatem środowiska plastycznego. Wróblewski z ciekawością obserwuje grupę starszych kolegów, skupionych wokół Tadeusza Kantora (1915-1990). Z zapałem włącza się do przygotowań I Wystawy Sztuki Nowoczesnej — ogólnopolskiej manifestacji awangardy. Wystawa łączy eksponaty naukowe,fotograficzne i artystyczne. Tłumacząc poglądowo różne sposoby postrzegania rzeczywistości: okiem mikroskopu, teleskopu i okiem artysty — ma prezentować „wspólny front" sztuki i techniki w budowie nowego jutra. Jest ostatnią próbą przekonania odbiorców — i władzy — do sztuki współczesnej. W komentarzu do oprowadzania wycieczek robotniczych po wystawie Wróblewski pisze: „Chcemy, żęby nasze obrazy, zawieszone w świetlicy czy hali podnosiły na duchu swą wyrazistością, pomagały swą barwnością w codziennym trudzie. Żęby dawały naprawdę krzepiący odpoczynek. Chcemy namalować obraz, który by pomagał odróżnić dobro od zła." Zadając pytanie „jak odczuć ludzkość sztuki abstrakcyjnej?", apeluje do czytelników: „Zaufajcie malarzom. Nie nakarmią tandetą... Szanowny 'odbiorco' malarstwa! Pozwól, że wszyscy znajomi będą się obrażać i szydzić z obrazów nowoczesnych, pozwól, ze i z Ciebie! Zapanuj nad pierwszym uczuciem, że te łamigłówki z rąk i z nóg wystrychną Cię na dudka! Zaciśnij zęby, skup się (...) zapragnij wnikliwego spojrzenia, szukaj prawdziwego wzruszenia, patrz i kombinuj, choćby się śmiała z Ciebie żona i dzieci! Pomagaj sobie czym możesz — czytaj, oglądaj reprodukcje. Nie zrażaj się początkowym niepowodzeniem; przed wstępem do królestwa sztuki nowoczesnej, musisz zapłacić frycowe. Ręczę, że Ci się to opłaci. Że znajdziesz tam, czego Ci potrzeba. Że to, co znajdziesz będzie i bogate i ludzkie i wzniosłe i wzmacniające." „Nowocześni" przywołują rosyjską awangardę, podkreślają związek konstruktywizmu z marksizmem i społecznym programem sztuki. Niestety, odbiór krakowskiej ekspozycji jest chłodny. Krytycy nie kryją zakłopotania, w „Księdze wpisów" pełno głosów oburzenia i epitetów, z których do łagodniejszych należy „sztuka noworodków!" Opinia o szerokim, ogólnospołecznym zapotrzebowaniu na sztukę awangardową — jest nie do utrzymania. Pada wyrok politycznych decydentów: to „ślepa uliczka formalizmu".
"NEOBARBARZYŃCY"
Wróblewski jest zniecierpliwiony. Ma głębokie przekonanie, że celem sztuki jest zmienianie świata, wpływanie na odbiorcę. „Obraz musi działać!" powtarza, i postanawia szukać innej drogi. Nie jest nią akademicki postimpresjonizm, estetyka profesorów wiernych dziedzictwu Cezannea (1839-1906) i Bonnarda (1867-1947). „Nasza młodzieńcza tęsknota do wyrażenia siebie — wspomina Andrzej Wajda, kolega Wróblewskiego - zderzyła się z prawdziwymi trudnościami. Malarstwo kolorystyczne nie było naszym światem. Trzy jabłka, cebula i talerzyk, w których Cezanne zawarł tajemnicę istnienia, stawały się nam z dnia na dzień coraz bardziej obce i obojętne. Widzieliśmy wojnę z bliska... Byliśmy uczestnikami wielkich przemian. Poznaliśmy niesprawiedliwość i upodlenie. Czy martwa natura przedstawiająca salaterkę wiśni może to wyrazić? To było nasze pytanie.” W buncie przeciw profesorom zawiązuje się na Akademii nieformalna Grupa Samokształceniowa, gdzie obok Wróblewskiego spotykają się m.in. Konrad Nałęcki, Przemysław Brykalski, Witold Damasiewicz i Andrzej Wajda. Estetyce koloryzmu młodzi przeciwstawiają postulat sztuki czytelnej i zaangażowanej, domagając się reformy nauczania i większej samodzielności twórczej. Wróblewski maluje w tym czasie Rozstrzelania, lecz pokazuje je tylko niewielu kolegom. Wciąż nie jest pewny obranej konwencji. W ramach grupy opracowuje „receptę" na współczesny obraz propagandowy: jednakowy format, mocne kolory, figury wielkości naturalnej, forma „możliwie pozbawiona przekształceń, fotograficzna, jak najbardziej zgodna z potocznym widzeniem i wyobraźnią mas pracujących". Jednak brutalne, antywojenne płótna pokazane na Festiwalu Szkół Artystycznych w Poznaniu w 1949 roku (Wajda — Kobiety przed czołgami, Strumiłło — Trójka murarska, Nałęcki— Lynchowanie Murzyna, Wróblewski— Rozstrzelanie) spotyka druzgocąca krytyka, a młodzi malarze zyskują miano „neobarbarzyńców". Wróblewski zwierza się w prywatnym liście: „Ponieważ jestem nieszczęśliwy, więc zajmuję się problemami realizmu socjalistycznego. Wymyśliłem m.in. głęboką prawdę, że tylko wtedy nikt mi nie będzie narzucał socrealizmu, jeśli ja sam go będę narzucał innym".
ŚLEPA ULICZKA SOCREALIZMU
Po nieudanym występie Grupy Samokształceniowej w Poznaniu artysta pisze na łamach „Przeglądu Artystycznego" samokrytykę: „Błędem była wadliwa interpretacja wojny. Nasza wystawa nie stała się ostatecznie całością tematową o wyraźnej linii ideologicznej — przeważał w niej pesymizm, okropności wojny budzące przerażenie". Lata 1950-1953 to najgorszy, „mroczny" okres w twórczości i życiu malarza. Zdążył się skłócić niemal z całym środowiskiem: „nowocześni" z kręgu Kantora uznali go za zdrajcę, profesorowie za drapieżnego, prymitywnego doktrynera. Bezkompromisowe, polemiczne artykuły też nie przysparzają mu przyjaciół; towarzysko potrafi być zresztą po prostu nieznośny. Obrazy malowane w tym czasie: Zlot młodzieży w Berlinie Zachodnim, Rewizja, Partyzant radziecki — uwzględniają oficjalne wytyczne, lecz są wyraźnie nieudane, wymęczone, niezgrabne. W chwili szczerości Wróblewski żali się, że artyści pracują dla ministerstwa, nie dla społeczeństwa... „Ja nie widzę — notuje w 1953 roku — poza Komisjami Artystycznymi ludzi, którym moje obrazy są potrzebne i których one cieszą czy uczą — to wszystko stanowi poważny hamulec rozwoju osobistego. I muszę stwierdzić, że więcej dopingu do pracy twórczej i satysfakcji artystycznej dało mi malowanie na wsi plakatów przeciw kułakom — bo delegaci z różnych wsi stali w ogonku i wyrywali mi plakaty spod pędzla, choć były zu-pełnie zhuśtane i żadna Komisja by ich nie przyjęła". Stopniowo maluje i wystawia coraz mniej, ucieka w sport: kolarstwo, górskie wycieczki. Jego główną aktywnością zawodową staje się asystentura na Akademii, w tym czasie tworzy też dużo prywatnych rysunków i setki gwaszy, w których pozwala sobie na większą swobodę formy i wyobraźni. Na wakacjach poznaje studentkę filologii klasycznej Teresę Reutt. Ta nieprzeciętna kobieta o silnej osobowości będzie miała na niego ogromny wpływ. W 1953 roku biorą ślub, wkrótce mają troje dzieci — jednak nawet życie rodzinne nie leczy malarza do końca z duchowej depresji. W listach do żony czułość przeplata się z goryczą: „Jestem stary i wyjałowiony — pisze w wieku 26 lat. — Nie mogę ruszać ręką, bo moja ręka przepełnia mnie obrzydzeniem. Każdą czynność i każdy poryw wyrywam ze siebie śmiertelnym spazmem woli, bo nic we mnie nie ma z wyjątkiem pogardy dla siebie i nienawiści do świata. Jestem zawieszony w próżni. I śmieszne jest moje życie, bo sam przed sobą udaję że idę naprzód — choć właściwie ruszani nogami w wyziębłej księżycowej przestrzeni, nie natrafiając na żaden opór... Jedną mam wiarę, absolutną i pewną, która daje mi odblask wewnętrznej pogody: po śmierci nie ma nic." Rok 1955 jest kolejnym przełomem w twórczości Wróblewskiego. W klimacie politycznej „odwilży" i twórczej swobody, artysta wraca do stylistyki końca lat 40. Pozostaje wierny figuracji, jednak teraz widać wyraźnie większą dbałość o estetykę kompozycji i koloru, o urodę obrazu. Stępieniu ulega agresywność formy, przeważa tematyka egzystencjalna, wyciszona. Nic dziwnego, że obrazy Wróblewskiego na słynnej wystawie „Arsenał" pozostają niezauważone. To paradoks — bo brutalne, ponure płótna „Arsenałowców" odwołują się do tradycji „neobarbarzyńców". Ostatnie 3 lata życia to bardzo intensywny i ciekawy okres twórczości artysty. Wracając do doświadczenia Rozstrzelali, czerpiąc ze sztuki prymitywnej i klimatu kina włoskiego neorealizmu — wypracowuje surowy, lapidarny typ figuracji, posługujący się prostymi, silnymi środkami wyrazu: żywym kolorem, zredukowaną formą i statyczną kompozycją. W scenach rodzinnych, Kolejkach i Ukrzesłowieniach osiąga przejmującą, wyrazistą syntezę — dobitną metaforę rzeczywistości zdegradowanej. Coraz większym problemem dla młodego ojca okazują się sprawy bytowe. Utrzymanie pięcioosobowej rodziny ze skromnej, asystenckiej pensji graniczy z cudem. Równocześnie jednak jego sztuka staje się dowodem estetycznej równowagi i dojrzalej świadomości środków plastycznych. Wróblewski wciąż szuka nowych inspiracji. Dużym wydarzeniem staje się dla niego podróż do Jugosławii, gdzie raz jeszcze odkrywa sztukę prymitywną, ludową; jest pod wrażeniem oryginalnej rzeźby serbskich nagrobków. Po powrocie do kraju wydaje się pełen energii, snuje nowe plany, jakby od nowa odzyskuje wiarę w siebie. Wiosną 1957 roku Wróblewski wyjeżdża na wycieczkę w Tatry. 23 marca leśnicy znajdują jego ciało przy drodze do Morskiego Oka. Bezpośrednią przyczyną śmierci jest prawdopodobnie atak epilepsji, choć pogłoski o tajemniczym samobójstwie krążyć będą w środowisku jeszcze przez wiele lat. Tragiczna śmierć przyczyni się do wzrostu legendy Wróblewskiego — samotnego, zbuntowanego artysty, który rok przed śmiercią pisał w osobistych notatkach-wierszach:
„Już w szkole byłem przeciwnikiem
rzeczy wesołych i łatwych
zdawało mi się jednak że to właśnie
stanowi o mojej wartości
Omyłka
Żyłem przeciw życiu
zużywając nagromadzony kapitał
rodzinnej życzliwości
Kapitał się wyczerpał
Nie mam już nic do powiedzenia
przebaczcie proszę
rzecz nie da się odrobić
proszę o zwolnienie mnie
z obowiązków życia."