|
Szczęście.
Czy byliście kiedyś we właściwym miejscu we właściwym czasie? Ja dziś tak. Wyszedłem wieczorem na rower, by spalić trochę obiadu i stracić trochę czasu. Pogoda idealna: ciepło, bez wiatru, jedzie się szybko i bez oporów. Czuć jedynie pęd powietrza gdy się pędzi. Właściwe miejsce... Tak. Chyba w takim mieszkam, tu na Saskiej Kępie, koło Gocławia. Jest tu trochę ścieżek, Wisła, most z którego rozpościera się druga najładniejsza panorama Warszawy i ludzie. Ludzie, którzy wybrali, spacer, jogging lub rower zamiast wycieczki do centrum handlowego lub piwa w pubie Właściwy czas... Przejechałem się kawałek na Siekierki, po czym zawróciłem. Przed wyjściem zjadłem kawałek czekolady (która ponoć poprawia samopoczucie, a ja ją podejrzewam o powodowanie u mnie alergii). Mijałem wielu ludzi, głównie młodych. Lubię to uczucie gdy podjeżdżając pod górkę przyśpieszam, a w mięśniach czuje ukłucia bólu. Lecz mimo to nie odebrało mi to dziś sił i szybkości. Ponoć wysiłek powoduje wydzielanie adrenaliny. Zatrzymałem na środku mostu. Zacząłem patrzeć. Było już po zachodzie, słoneczna łuna była poprzerywana chmurami, było już dość ciemno. W oddali migotały światła wieżowców. Wlepiałem w nie wzrok. Na horyzoncie było widać poruszające się światła kilku samolotów. Nad horyzontem świeciła jasno Wenus. Gdzieś na dole przy brzegu zacumowana była barka - w tym miejscu, to rzadki widok. Kawałek dalej na nadbrzeżu jacyś ludzie pili piwo. Przy barierce mostu mnie stali też inni ludzie i wciąż ktoś przejeżdżał, przebiegał, lub po prostu przechodził. Za mną jeździły samochody, ale ich szum mi nie przeszkadzał. Pod spodem płynęła Wisła. Czułem że to jest taka chwila, gdy szereg bodźców łączy się w całość i czuje się, że to jest taka chwila w takim miejscu. Naszło mnie tysiąc myśli: by zatrzymać tę chwilę, by uciec stąd zanim czar pryśnie, by nie myśleć o przyszłości, by nie chcieć nic więcej. Patrząc w dal na rzekę przypominałem sobie pewien ciepły, lecz deszczowy jesienny wieczór, gdy strach przed nieznanym i przed własnym lenistwem wypędził mnie z domu, by zrobić cokolwiek - by robić zdjęcia. Wtedy zastanawiałem się czy podołam, czy dam rade skończyć szkołę? Dałem rade. Lecz nic tak nie boli, jak niezałatwiona sprawa, z którą będziemy musieli się zmierzyć. Jest jak cierń. Patrząc tak i kontemplując chwilę poczułem się wolny. I mimo że mam swoje troski i wciąż wiele pracy i wysiłku przede mną, to poczułem, że są one nieważne, że nie są w stanie tego zakłócić. Zacząłem myśleć o chwili i o szczęściu. Niektórym do szczęścia brakuje niewiele, lecz mimo to nie są w stanie tego osiągnąć. Niektórym do szczęścia brakuje wiele, gdyż chcą mieć wszystko - nigdy tego nie osiągną, będą tylko wciąż gonić do przodu, a do tego sporo z tego co zdobyli stracą, co przyprawi ich o troski i smutek. Niektórzy zamiast być tu, wolą centra handlowe. Ale tam trzeba mieć, moja plama na bluzie i zaklejona dziura w bucie mnie dyskwalifikują - nie pasuje tam, mimo ze też chciałbym być tam, gdzie ludzie mają tak wiele, wyglądają tak pięknie (opakowanie - oprócz słodkiej buzi i figury jak butelka coca-coli jest to jedna z rzeczy, która kreci mnie w dziewczynach. A mówię tu o zmysle wzroku: jako fotoamator lubię cieszyć oczy. Bo w dziewczynach cenie też wnętrze, przede wszystkim intelekt.). Ja po prostu nie chce dbać o takie pierdółki i za nimi gonić. Niektórzy zamiast być tu wolą puby, gdzie pije się piwo unosi się dym z papierosów i gdzie gwar rozmów zagłusza jedynie muzyka. Miejsce gdzie spotykają się znajomi, dużo znajomych. Ja ich aż tylu nie mam. Nie potrafię ich zorganizować by się spotkać. Nie potrafię zamroczony 3 piwami wyłapać z tego gwaru słów - może jestem głuchy, może mam dysleksję. Chciałbym tam być. Ale tam nie pasuje. Niektórzy są tu gdzie ja: jeżdżą na rowerze, uprawiają jogging, wychodzą z psami, spacerują z dziewczynami. Ale ja tu jestem sam. I mimo, że wciąż jeżdżę po tych samych ścieżkach i tą samą trasą to jestem wolny. Ktoś powiedział, że tylko gówna płyną z prądem. Ktoś inny, że nie chce całego życia stracić prąc i przeciskając się pod prąd. Jaki z tego wniosek? Moja druga przyjaciółka Agula powiedziała, że interesuje ją przyszłość bo tam chce spędzić resztę życia: mnie interesuje cały wszechświat, a oprócz tego też chciałbym wiedzieć co mnie w przyszłości czeka (i wciąż wydaje mi się, że nie mam pomysłu na siebie, na życie), ale interesuje mnie teraźniejszość. Terry Pratchett powiedział, że ludzie są niezogniskowani: jedni żyją przeszłością (i np. rozpamiętują znajomych, którzy o nich nie pamiętają, lub o których się nie pamięta - spokojnie, ja może się nie odzywam, ale pamiętam i wspominam ciepło Was wszystkich:)), inni żyją przyszłością (i np. zastanawiają się ile jeszcze nadgodzin muszą wziąć, by zarobić na wyższy model czegoś, czego nie potrzebują - vide teoria centrów handlowych i ludzi, którzy nie potrafią określić swoich potrzeb, więc biorą wszystko). Ja chce żyć teraźniejszością na tyle, na ile się da. Nie chce robić planów na więcej niż na najbliższe 15 minut, bo potem i tak będę je musiał zmienić, co prowadzi do dyskomfortu i uczucia, że coś nie wyszło tak jak się chciało. Nie da się wtedy być spontanicznym i dziś, w tej chwili zadecydować, że się wyjeżdża (Im a travellin' man, movin through places / Pack my bags, arrange my suitcases). Wszystko jakoś się ułoży (no, niektóre rzeczy planuje się na dłużej - dom na przykład, na dłużej niż całe życie), ja wiem, że nie chcę więcej niż potrzebuję, a teraz gdy mało mam ($$$) wiem, że wiele nie potrzebuję. Nie chce rozpamiętywać przeszłości, straconych okazji i zapomnianych przyjaciół, bo wiem, że będą następne okazje, następni znajomi i że przecież tak naprawdę nigdy nie jest za późno by się znów do siebie odezwać - po prostu czasem tak jest, że się do siebie zbliżamy, a gdy tego nie pilnujemy, oddalamy się. Niektórzy nie panują nad sobą, krzywdzą innych i sami budują te dystanse i palą mosty. Jedna moja dziewczyna powiedziała mi, że ja za doby jestem. Druga powiedziała mi, że ze mną to się nawet pokłócić nie da - ale ja nie umiem krzywdzić, nie umiem wziąć dla siebie wyrywając to innym - a gdy nie mam racji i ktoś mi to udowodni lub sam się tego domyślę, to zmieniam zdanie i nie trwam w błędzie. Zastanawiałem się cały czas kim chcę być, jaki chcę być i co powinienem zmienić w sobie takim jakim jestem teraz. Bo wiem, że za mało żądam od świata, za mało walczę o swoje, za dużo oglądam się na innych. Dziś doszedłem do wniosku, że taki właśnie jestem i tak chcę być. Analogia z rzeką sprawia, że czasami czuje się "jak gówno, które się kręci w przeręblu", ale czasami, tak jak dziś, czuje się wolny i we właściwym miejscu, a co więcej czuję, że robię dobrze i tak jak trzeba, jak ja tego chcę. Zastanawiałem się tak jak Eldo, czy warto zatrzymywać chwilę - nie ona nie może trwać wiecznie, bo inaczej straciłbym sens bycia tu i teraz - po prostu stanął bym w miejscu, a bodźce rozproszyły się. Bo szczęście to właśnie ten zestaw bodźców. To ten zapach mułu z rzeki, który wcale nie był nieprzyjemny. To miło kojarzący się zapach tuj (żywotników), gdy jechałem dalej, do domu. To ten wiatr, gdy przyśpieszałem. To ci ludzie, których mijałem. to te światła, które widziałem. To te dźwięki w uszach i w myślach, które przenoszą emocje. To muzyka: jest muzyka do słuchania i muzyka do myślenia. Jest muzyka do zabawy i do tańczenia (mam "arytmię" i dwie lewe nogi:P). Najlepsza muzyka jednak jest o emocjach i uczuciach. To "Boys don't cry" The Cure, to "Tunnel of love" Dire Straits, to ten moment gdy Fredie śpiewa "can't we give ourselves one more chance"... Zacząłem od "właściwego miejsca" - tu gdzie mieszkam chyba tak jest. Nie mówię, że bym tu nic nie zmienił, bo zmieniłbym bardzo wiele, ale tu jest dobrze, tutaj mam swój zestaw bodźców:: wspomnienia, rower, widok, zapachy i w uszach te dźwięki, które wyzwalają emocje. Ponieważ jest to fotoblog, więc zdjęcie być musi. Dzisiejszy mój widok niewiele się różnił od tego, gdy byłem tam sam, na jesieni. Dlatego dziś daje Wam inne zdjęcie. Jacek. 18 kwietnia 2007. |